[ Pobierz całość w formacie PDF ]
1
Michael P. Kube-McDowell
Próba Tyrana
2
PRÓBA TYRANA
Tom III trylogii KRYZYS CZARNEJ FLOTY
MICHAEL P. KUBE-McDOWELL
Przekład
JAROSŁAW KOTARSKI
3
Michael P. Kube-McDowell
Próba Tyrana
4
Tytuł oryginału
TYRANTS TEST
Redakcja stylistyczna
MAGDALENA STACHOWICZ
Redakcja techniczna
ANDRZEJ WITKOWSK.I
Korekta
DANUTA WOŁODK.O
Ilustracja na okładce
DREW STRUZAN
Opracowanie graficzne okładki
WYDAWNICTWO AMBER
Skład
WYDAWNICTWO AMBER
Informacje o nowościach i pozostałych książkach Wydawnictwa AMBER oraz możli-
wość zamówienia możecie Państwo znaleźć na stronie Internetu
http://www.amber.supermedia.pl
Dla wiernej załogi:
Russa Galena
Toma Dupree
Sue Rostoni
Lynn Bailey
Copyright © & TM 1996 by Lucasfilm, Ltd
Ali rights reserved. Used under authorization.
Published originally under the title
Tyrant's Test by Bantam Books
I dla jej dzielnego kapitana,
George'a Lucasa.
5
Michael P. Kube-McDowell
Próba Tyrana
6
Minęło dwieście lat, a las nie zmienił się ani trochę. Tyle, że tym razem występują
w roli ojca, a nie syna...
Chewbacca doskonale pamiętał też idiotyczną wyprawę do Lasu Cieni, którą
przedsięwziął wraz z Salporinem jeszcze przed przejściem inicjacji. Wyruszyli wów-
czas nie uzbrojeni, jeśli nie liczyć ostrza
ryyyk,
które Salporin „pożyczył" od starszego
brata. Cichcem odłączyli się od grupy rówieśników i zeszli do królestwa, w którym
dzieciaki, jakimi wówczas byli, nie miały nic do szukania.
Zamierzali stawić czoło nieznanemu, lecz zamiast tego po prostu najedli się stra-
chu. Ich odwaga malała w miarę, jak schodzili na coraz słabiej oświetlone piętra lasu.
Gdy wreszcie dotarli do Lasu Cieni, wystarczył płochliwy „tkacz pułapek", by w te pę-
dy rzucili się z powrotem ku bezpiecznym, dobrze znanym okolicom.
To, co wtedy zobaczyliśmy - lub wydawało nam się, że zobaczyliśmy- stało się
tematem nocnych koszmarów, powtarzających się aż do chwili, gdy przeszliśmy inicja-
cję. Biedny Salporin... Ja musiałem czekać zaledwie sześć dni.
Nawet jeśli Attitchitcuk wiedział o ich wyczynie, nigdy nie zdradził się z tym ani
jednym słowem.
Chewbacca zmierzył syna wzrokiem. Wątpił, czy nerwowo rozbiegane oczy mło-
dzieńca widziały kiedykolwiek jakąś tajemniczą wyprawą. Wiele lat temu mały Lum-
pawarrump wyruszył samotnie do lasu nieopodal Rwookrrorro na poszukiwanie jagód
wasaka
i zabłądził. Z czasem opowieść o jego przygodzie urosła do rozmiarów rodzin-
nej legendy, pełnej niebezpiecznych stworzeń, rodem zarówno z lasu, jak i z mrocznych
zakamarków wyobraźni. Choć epizod nie należał do niebezpiecznych, strach malca był
jak najbardziej realny. Od tego czasu młody Wookiee wolał nie oddalać się od rówie-
śników i rodzinnego drzewa.
Mallatobuck i Attitchitcuk pozwalali mu różnić się od kolegów. Nigdy nie zmu-
szali go do udziału w brutalnych, siłowych zabawach dorastających samców, podczas
których młodzi Wookiee poznawali ten charakterystyczny, ofensywny styl walki, wy-
magający szaleńczej odwagi. Gdy Chewbacca po raz pierwszy rzucił się z donośnym
rykiem na powitanie syna, Lumpawarrump o mało się nie poddał, całkiem tak, jakby
już był ciężko ranny.
Wszyscy ciężko przeżyli tę chwilę. Później jednak Chewbacca zdał sobie sprawę,
że jest to cena, jaką jego syn zapłacił za brak kontaktu z ojcem.
Spłacając Hanowi Solo honorowy dług życia, Chewbacca opuścił swojego potom-
ka, pozostawiając go pod opieką matki i dziadka. Nie mógł ich winić za miłość i troskę,
którymi obdarzyli młodzieńca, ale czegoś mu brakowało... Czegoś, co rozpaliłoby
rrakktorr,
buntowniczy ogień, będący sercem i siłą każdego Wookiee. Lumpawarrump
nie miał nawet przyjaciela, takiego jak Salporin, z którym mógłby toczyć walki na niby.
Według kalendarza nadszedł już czas. Lumpawarrump osiągnął wzrost dojrzałego
osobnika, lecz brakowało mu jeszcze czegoś, czym mógłby wypełnić tę rosłą sylwetkę.
Było oczywiste, że rozmiarom nie towarzyszy odpowiednia siła. Poza tym widać było,
że Lumpawarrump podziwia swego sławnego ojca i z paraliżującą niecierpliwością
pragnie uzyskać jego aprobatę. Tymczasem Chewbacca wciąż próbował ocenić możli-
wości młodzieńca.
ROZDZIAŁ
1
Trzy poziomy poniżej Rwookrrorro i osiemnaście kilometrów na pomocny wschód
wzdłuż Szlaku Rryatt, Otchłań Umarłych sprawiała wrażenie jednolitej, zielonej ściany,
rozciągającej się przed Chewbaccą i jego synem, Lumpawarrumpem.
Na tym piętrze dżungli
wroshyr,
porastającej Kashyyyk, splątana sieć pni i kona-
rów była niemal naga. Przez zwarte sklepienie przebijało się tak niewiele światła, że
liście pojawiające się na gałęziach natychmiast więdły. Tylko szare odrosty pasożytni-
czych welonowców i płaskolistnych niby-shyrów oraz wszędobylskie pnącza
kshyy
zdobiły tutejsze ścieżki.
Rośliny te nie występowały tu jednak na tyle licznie, by zablokować przejście i
zmusić Wookieech do poruszania się poniżej gęstej sieci konarów. Podobnie jak stwo-
rzenia, które uczyniły to piętro lasu swoim domem, mogli swobodnie przemierzać po-
wierzchnię roślinnego gąszczu. Mimo nikłego oświetlenia, widoczność sięgała pięciu-
set metrów, a jedynej kryjówki mogły dostarczyć pnie samych drzew
wroshyr.
Taki właśnie był Las Cieni, królestwo zwinnych
rkkrrkkrl,
zwanych „tkaczami pułapek"
i powolnych
rroshm,
które żywiąc się welonowcami nie dopuszczały do zarastania ścieżek.
Najliczniejszymi mieszkańcami tej krainy były małe igłoplu-skwy o kolczastych
językach. Ich trąbki ssące mogły przebić twardą korę drzew
wroshyr
i dosięgnąć płyną-
cych wewnątrz soków.
Nieuchwytne
kkekkrrg rro,
pięcionożnych Strażników Cienia, uważano za najnie-
bezpieczniejsze z tutejszych zwierząt. Zwykle trzymały się dolnej części tego piętra la-
su i bardzo ceniły sobie smak mięsa. Strażnicy Cienia nie odważyliby się zaatakować
dorosłego Wookiee, lecz pradawna i w większości zapomniana - tradycja uczyniła z
nich symbol niewidzialnego, przyczajonego wroga. Niewielu Wookieech miało odwagę
nie sięgnąć po broń na widok jednego z tych stworzeń.
Wszystko to - i o wiele więcej - objaśniał Chewbacca swojemu synowi w drodze z
wyżej położonych terenów łowieckich, zwanych Ogrodami Półmroku. Przez cały czas
powracały do niego natrętne wspomnienia. Niektóre z nich dotyczyły jego własnej wy-
prawy inicjacyjnej, którą odbył w towarzystwie ojca, Attitchitcuka, inne zaś prób, które
dały mu prawo noszenia
baldrica
oraz pokazywania się w mieście z bronią, a także wy-
boru własnego imienia.
 7
Michael P. Kube-McDowell
Próba Tyrana
8
- W tej chwili nie mogę podać żadnych dodatkowych informacji. Trzymać dwa ty-
siące metrów i czekać.
- Przyjąłem. Eskadra Bravo, wygląda na to, że nie są jeszcze gotowi, żeby nas
przyjąć. Lecimy kursem równoległym, utrzymując dystans dwóch kilometrów od lotni-
skowca. Szyk liniowy, odstępy jak przy lądowaniu. Czekamy na sygnał.
- Czy mi się zdaje, czy wycelowali w nas działa? - szepnął Ferry Dziewięć, nada-
jąc na częstotliwości bojowej numer dwa, przeznaczonej do komunikacji między człon-
kami eskadry. -Mam przed nosem cztery lufy baterii ciężkich dział.
Płat Mallar podniósł oczy znad przyrządów i uważnie zlustrował burtę lotniskow-
ca przez celownik optyczny. Rzeczywiście, wyglądało na to, że spora liczba dział jest
skierowana w stronę ich eskadry.
- Może nie chodzi o nas - odszepnął Płat. - W końcu nie wiemy, co tu się działo.
- Kontrola lotów „Ryzyka" do dowódcy eskadry Bravo. Niech wszystkie maszyny
wyłączą silniki główne i manewrowe. Naprowadzimy was promieniem ściągającym
- Zrozumiałem - odpowiedział porucznik Bos. - Eskadra Bravo, słyszeliście roz-
kaz? Wykonać.
- Poruczniku, tu Ferry Pięć. Nawet manewrowe?!
- Ferry Pięć, ściągną nas jak po sznurku. Nie wiesz, co się może stać, jeśli będziesz
miał włączone silniki manewrowe w momencie przechwycenia przez wiązkę promieni?
- Wiem, sir. Przepraszam, sir. Po prostu nie rozumiem... Po co oni to robią, po-
ruczniku? Dlaczego nie pozwalają nam wylądować samodzielnie?
- To nie nasza sprawa - odparł Bos. - Rób, co każą.
- Ja tam wiem, dlaczego - stwierdził ponuro Ferry Osiem. -Nie są pewni, z kim
mają do czynienia. Podejrzewają, że Yeve-thowie wciągnęli nas w zasadzkę i wsadzili
do naszych maszyn swoich żołnierzy. Przemyślcie to sobie.- Dowódca eskadry Bravo,
rozpoczynamy operację przejęcia - zameldowano z pokładu „Ryzyka". - Zalecam ciszę
radiową do odwołania.
- Potwierdzam, „Ryzyko". Eskadra Bravo, ogłaszam ciszę radiową.
Jego syn miał zręczne ręce. Choć trwało to aż dziewięć dni, Lumpawarrump skon-
struował pierwszorzędną kuszę. Drobnych błędów, które przy tym popełnił, nie unik-
nąłby jedynie doświadczony wojownik. Dowiódł też pewności ręki, celnie strzelając do
kroyie
podczas próby myśliwskiej.
Drugi test, polegający na schwytaniu i zabiciu wielkookiego szybkożera na po-
ziomie trzecim, trwał jeszcze dłużej i nie zakończył się pełnym sukcesem. Próba, która
czekała młodego Wookiee tu, w Otchłani Umarłych, mogła okazać się dla niego zbyt
trudna.- Wyjaśnij mi, co tu widzimy - polecił Chewbacca.
- Stoimy przed wielką raną, zadaną puszczy przez jakiś obiekt, który dawno temu
spadł z nieba. Jesteśmy na dnie wielkiej jamy Anarrad, którą widać z najwyższych
punktów obserwacyjnych Rwookrrorro.
- Dlaczego Kashyyyk nie zaleczył tej rany?
- Nie wiem, ojcze.
- Dlatego, że
katarny
potrzebowały domu. Światło wpada tędy w głąb lasu, pobu-
dzając siły życiowe drzew
wroshyr.
Zielone listowie daje schronienie
daubirdom
oraz
mallakinom,
do których z kolei ciągną sieciowce i błotniaki. I tam właśnie ucztuje
kata-
ru,
prastary książę lasu.
- Skoro Kashyyyk podarował
katarnom
to miejsce, to dlaczego musimy na nie po-
lować?
- Stanowi o tym pakt, który zawarliśmy z nimi dawno temu.
- Nie rozumiem.
- Dawniej to one polowały na nas. Przez tysiące pokoleń bogactwa najwyższego
piętra lasu należały do nich. A jednak nie udało im się nas zniszczyć. Nic na tej plane-
cie nie dzieje się na próżno, synu.
Katarny
dały Wookieem siłę i odwagę, to dzięki nim
odnaleźliśmy w sobie
rrakktorr.
Dziś polujemy na nie, by odwdzięczyć się za ten dar,
lecz pewnego dnia role znów się odwrócą.
Lotniskowiec „Ryzyko" wyłonił się przed Płatem Mallarem niczym skalista, szara
wyspa na środku nieskończonego morskiego pustkowia. Myśliwce orbitowały wokół
niego jak klucz drapieżnych ptaków.
- Według mnie wygląda cholernie dobrze - powiedział Feny Jeden.
- To tylko pozory - odparł Ferry Cztery. — Pourywają nam łby za to, że stracili-
śmy komandora.
- Dość gadania. Wyrównać szyk - rzucił porucznik Bos, dowódca eskadry. - Kon-
trola lotów lotniskowca „Ryzyko", tu dowódca eskadry Bravo. Proszę o jak najszybsze
podanie wektorów podejścia. Mam dziesięć ptaków gotowych do powrotu na grzędę.
W normalnych okolicznościach szef kontroli lotów przekazałby opiekę nad eska-
drą oficerowi dyżurnemu, kierującemu którymś z aktywnych hangarów, a ten z kolei
włączyłby systemy laserowego naprowadzania i bezpiecznie skierował maszyny ku lą-
dowisku. Jednak tym razem wszystkie hangary „Ryzyka" były szczelnie zamknięte.
- Dowódca eskadry, utrzymać dystans dwóch tysięcy metrów i czekać na dalsze
instrukcje.
- Co się dzieje, „Ryzyko"?
Myśliwiec zwiadowczy porucznika Bosa jako pierwszy został wciągnięty do wnę-
trza „Ryzyka" niewidzialną ręką promienia ściągającego. Płat Mallar nie widział, co
stało się potem, bo z jego pozycji nie było widać wnętrza hangaru, a właz został na-
tychmiast zamknięty. Pięć minut później identyczny manewr wykonano ze statkiem po-
rucznika Grannella.
Zanim przyszła kolej na myśliwiec Pląta Mallara, minęła niemal godzina - długa,
samotna godzina niecierpliwego milczenia. Nigdy nam nie wybaczą tego, co zrobili-
śmy, pomyślał Płat, gdy jego statek zaczął się poruszać. Już nigdy nam nie zaufają.
Światła we wnętrzu hangaru nastawiono na taką moc, by bez kłopotu dokonać
przeglądu myśliwców i wykryć ewentualne obce obiekty. Po niemal dwóch dniach spę-
dzonych w bladej poświacie wskaźników i ekranów, Płat Mallar niemal oślepł od bla-
sku reflektorów. Zanim oczy przystosowały się do zmiany oświetlenia, usłyszał dźwięk
syreny alarmowej, a potem syk siłowników unoszących osłonę kokpitu.
- Wyłaź stamtąd! - warknął ktoś rozkazująco, przystawiając drabinkę do burty statku.
 9
Michael P. Kube-McDowell
Próba Tyrana
10
Major zmarszczył brwi.- Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, synu, ale jedno
jest pewne: na twoim miejscu nie prosiłbym na razie o nic.
Mrużąc oczy, Płat zaczął wstawać z fotela, lecz natychmiast opadł na miejsce, po-
wstrzymany plątaniną niewidocznych przewodów. Przez chwilę walczył z wtyczkami i
zaczepami, a potem zaczął gramolić się przez burtę. Czyjaś pomocna dłoń naprowadzi-
ła jego stopę na najwyższy szczebel drabinki.
Zanim dotarł do płyty lądowiska, widział już na tyle dobrze, by rozróżnić sześciu
żołnierzy w hełmach i pancerzach, otaczających jego maszynę. Wszyscy wycelowali w
jego stronę ciężkie blastery i obserwowali, jak schodzi z drabiny i odsuwa się od kadłu-
ba statku.
Dwaj oficerowie znajdujący się najbliżej niego nie byli uzbrojeni.
- Melduje się podporucznik Płat Mallar. Co tu się dzieje? -spytał, próbując mruga-
niem zlikwidować wirujące przed oczami plamki.
- Nie ruszaj się stąd, dopóki nie sprawdzimy twojej płytki identyfikacyjnej - pole-
cił jeden z oficerów.
Mallar wydobył srebrzysty dysk ze specjalnej kieszonki na ramieniu i podał ją
mówiącemu.
Major wsunął płytkę do przenośnego czytnika i przez chwilę patrzył na ekran.
- Jakiej jesteś rasy?
- Grannańskiej.
- To coś nowego - powiedział oficer, oddając dysk Mallarowi. - Czy Granna przy-
padkiem nie należy do Imperium?
- Nie wiem, jaki jest jej aktualny status, sir - odparł Mallar. -Urodziłem się na Pol-
neye i nigdy nie interesowałem się polityką.
- Czyżby? - Major pstryknięciem palców odesłał czterech żołnierzy. Dwaj pozostali
zarzucili broń na ramiona i stanęli za Mallarem. - Proszę o raport o stanie maszyny.
W tym momencie Mallar zauważył jeszcze jednego pilota, stojącego nieopodal z
kaskiem pod pachą. Za jego plecami czekała ekipa techniczna z wózkiem pełnym
sprzętu.
- Przy pełnej mocy wskaźnik silnika numer trzy dochodzi prawie do czerwonej
kreski; poza tym nie zauważyłem nic szczególnego.
- Uszkodzenia bojowe?
- Zostaliśmy schwytani w pole grawitacyjne krążownika klasy Interdictor, a potem
dostaliśmy jedną lub dwie salwy z dział jonowych. Wszystko wysiadło na prawie pięć
minut.
- Czy później występowały jakieś nieprawidłowości w pracy systemów?
- Nie, wszystko wróciło do normy, kiedy tylko ustabilizowało się działanie inte-
gratora. Komputer zapisał to w dzienniku lotu.
- Doskonale - stwierdził major. - Podporuczniku Mallar, niniejszym dokonuję ofi-
cjalnego przejęcia myśliwca rozpoznawczego o numerach KE-40409, wymagającego
kontroli technicznej i zwalniam pana z odpowiedzialności za tę jednostkę. Sierżancie,
proszę odprowadzić tego pilota do kajuty DD-18 i pozostać z nim do czasu przybycia
oficera, który przyjmie sprawozdanie z misji.
- Czy mógłbym najpierw przeładować filtry? - spytał Mallar, stukając w prosto-
kątne pudło zawieszone na piersiach.
Chewbacca i Lumpawarrump stali razem na skraju Otchłani Umarłych, gdzie
Szlak Rryatt skręca w stronę Kkkellerr.
- Już czas - rzekł Chewbacca. - Opowiedz mi, czego się nauczyłeś. Wymień zasa-
dy polowania na
katarny.
Lumpawarrump spojrzał nerwowo w stronę zielonej gęstwiny.
- Nigdy nie odwracać się plecami do
katarna,
bo zaatakuje. Nigdy nie uciekać, bo
on jest szybszy. Nie spieszyć się z oddaniem strzału, bo
katarn
zdąży zniknąć.
- Jak zatem masz pokonać swego przeciwnika?
- Muszę być cierpliwy i odważny - wykrztusił Lumpawarrump. Nie zabrzmiało to
jak przejaw odwagi. -
Katarn
pozwoli się śledzić, dopóki nie rozpozna, z jakim prze-
ciwnikiem ma do czynienia.
- I co wtedy?
- Wtedy stanę i będę czekał, aż poczuję na twarzy jego oddech, a do moich noz-
drzy dotrze woń wydzieliny jego gruczołów. Moja dłoń musi być pewna, bym pierw-
szym strzałem trafił go prosto w pierś, drugi bowiem przeszyje już tylko powietrze.
- Wysłuchałeś mnie uważnie i zapamiętałeś wszystko, co ci powiedziałem. A teraz
zobaczymy, czego się naprawdę nauczyłeś.
Lumpawarrump zsunął kuszę z ramienia i potarł pazurem wypolerowaną, metalo-
wą powierzchnię kolby.
- Postaram się, żebyś miał powody do dumy.
- Pamiętaj o jeszcze jednej rzeczy: o świetle. Nie pozwól, żeby noc zastała cię w
głębi Otchłani Umarłych.
Katarn
nadal jest władcą ciemności i nawet Wookiee muszą
się z tym liczyć.
- Ojcze, ile
katarnów
udało ci się zabić?
- Pięć razy wyruszałem, by upolować księcia ciemności - odparł Chewbacca. - Raz
mi uciekł. Trzy razy udało mi się zwyciężyć. Za piątym razem dał mi ostrzeżenie, bo
nie byłem wystarczająco uważny. - Chewbacca chwycił syna za nadgarstek i poprowa-
dził jego dłoń wzdłuż podwójnej blizny, ukrytej pod futrem na lewej piersi. - Bądź więc
ostrożny, mój synu.
Lumpawarrump patrzył na niego przez chwilę, a potem cofnął rękę i zaczął łado-
wać kuszę. Chewbacca powstrzymał go gestem.
- Dlaczego? Mam wyruszyć bez broni?
- Poczekaj na właściwy moment. Jeśli udasz się na polowanie z kuszą gotową do strza-
łu, może się zdarzyć, że zechcesz oddać szybki, daleki i... niecelny strzał. Wtedy pozbawisz
się przewagi i nawet nie zauważysz, kiedy prastary książę zaatakuje cię i pokona.
Te słowa do reszty odebrały Lumpawarrumpowi pozory odwagi.
- Boję się, ojcze.
- Bój się, ale walcz.
Lumpawarrump patrzył na niego w milczeniu, po czym z wolna zarzucił broń na
ramię.
  [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • donmichu.htw.pl